Felietony

Pitagoras bywaj zdrów!

Weronika Gogola
886 odsłon
Weronika Gogola

Raz, dwa, i-hi, raz, dwa, i-hi!
Palce mi grabieją z zimna.
Raz, dwa, i-hi, raz dwa, i-hi!
W powietrzu czuć zapach gotowanej kaszy gryczanej.
Raz, dwa, i-hi, dwa dwa, i-hi!
Za oknem bulgotanie indora, firanki wznoszą się na fali mojego westchnienia.
Raz, dwa, i-hi, raz, dwa i-hi!
Nauczyciel wystukuje długopisem rytm o błyszczącą politurę pudła
potężnego instrumentu,
nad którym garbię się
i próbuję nadążać
raz, dwa, i-hi, raz dwa, i-hi!

Na lekcje pianina chodzę pieszo, dom nauczyciela znajduje się jakieś trzy kilometry od mojego. Drogę przemierzam slalomem, między rozszczekanymi zażartymi pieskami i perliczkami, które tutaj nazywają aprikankami.

Apli papli bite blau, chodzę czy słońce, czy deszcz.

Jedynie gdy w zimie wielka zamieć śnieżna rzuca się na pola, mama spogląda przez firankę, w jej głowie odbywają się szybkie szacunki i wreszcie mówi: „Dobra, zadzwonię do Józka i powiem, że nie przyjdziesz”

Raz, dwa, i-hi, raz dwa, i-hi!
Klawisze stawiają opór.
Raz, dwa, i-hi, raz dwa, i-hi!
Józek jest organistą i uczy mnie oraz kilkoro moich koleżanek i kolegów grać.
Długopis stuka o pianino.
Najważniejszy bowiem jest rytm.
Najważniejsza jest liczba.
Na początku trudno mi zaakceptować, że muzyka jest matematyką.

Konserwatywny podział w mojej głowie istnieje już od dawna. Ci, którzy lubią liczyć, nie mogą być artystami.

A tymczasem zapis nutowy jest klamrą zamykającą czas według ścisłych zasad. Wydobywająca się z zapisu nutowego muzyka unosi moją egzaltowaną, młodzieńczą duszę gdzieś wyżej niż plasuje się logika.

Spośród wszystkich uczniów Józka tylko ja wybijam się z rytmu, nie nadążam. Pozostali zostają informatykami, matematykami, geodetami.

Ja skręcam w stronę Melpomene, podczas swojej edukacji kurczowo trzymając się nauk humanistycznych, wierząc w ich moc, oddając im serce. Nauki humanistyczne od samego początku raczej próbują mnie do siebie zniechęcić.

Nie mam szczęścia do polonistek i polonistów. Na darmo śnię o postaciach jak z amerykańskiego filmu, które pojawiają się na skostniałych kampusach w miękkich sztruksowych marynarkach, z niedbale przerzuconymi przez ramię chlebakami, otwarci na dyskusję, jak smok Falkor przenoszący spragnione młode umysły w przestworza niekończących się światów.

Na próżno.

Pomimo wypchanego książkami plecaka, godzin spędzanych w bibliotece, która urządzona jest w najmniejszym pomieszczeniu szkoły, małej klitce na miotły, pomimo zapału, na swojej drodze zdobywania wiedzy humanistycznej nie spotykam Falkora. Ale przecież, nie mogę oddalić się od wytyczonego marzenia, zboczyć w stronę następujących po sobie rzędów liczb, śmiesznych znaków, które mają mi wyjaśniać świat.

Jako młoda egzaltowana dusza pragnęłam wielkiej eksplozji, a nie redukcji świata do prostego wzoru i rytmu wystukiwanego długopisem na kruszącej się politurze.
Niemniej, choćbym nawet nie wiem jak bardzo się starała znienawidzić algebry, nie potrafiłam. Pech chciał, że o ile do nauczycielek języka polskiego nie miałam szczęścia, to do tych od matematyki całkiem odwrotnie. Z czego to wynikało?

Może chodziło o to, że po prostu matematyczki się nie narzucały, że nie miały w sobie tego rozedrgania, którym charakteryzowały się polonistki ze szminkami na zębach. Matematyczki posiadały jedną ważną cechę. Potrafiły tłumaczyć. Nie byłam więc typową „dziewczyną z humana”, która po lekcjach biega na korepetycje z matematyki, żeby nie brudzić czerwonego paska oceną dostateczną. Nigdy nie potrzebowałam konsultacji – po prostu, matematyczki wiedziały jak to robić. Nagle okazywało się, że świat podlega nieuchronnej redukcji, a kwiecistość artystyczna jawi się jako zakurzona atrapa z zasuszonych roślin. Po co? Na co to komu, kiedy logika prowadzi tak pięknie do celu.

Szybko więc zrozumiałam, że wystukiwany długopisem rytm nie stoi menuetom i polonezom na przeszkodzie, że jest konieczny.

Wszystko jest liczbą.

Kiedy zabrnęłam do świata słowa, pozornie przecież odległego liczbie (kto tam pamięta o średniówkach i pauzach klauzulowych w rozmemłanych, wyprasowanych statusami z mediów społecznościowych zdaniach), kto tam pamięta o tym, że w zdaniu gdzieś z tyłu przecież powinien siedzieć Józek i wystukiwać raz dwa i-hi raz dwa i-hi. I jeśli go tam nie ma, to najwięksi zdobywcy laurów i wawrzynów po przeczytaniu na głos rozłażą się jak rolki na koślawych nogach.

I szanowni, jeśli dobrnęliście aż tutaj i pomyślicie, że teraz będę was rozliczać z tego, czyje pisanie posiada „raz dwa i-hi raz”, a czyje nie, alio tempore.

Dziś inne liczby mnie obchodzą i inne równania. Te, które być może zaciekawią również i Was.

W swoich poczynaniach artystycznych i piśmienniczych nigdy nie zapomniałam o Pitagorasie. A ponieważ czerwiec (gdy ten tekst piszę) jest miesiącem wakacji, ponieważ lato czeka, nim zaintonuję canto cantare, podzielę się równaniem, w którym od dłuższego czasu coś mi się nie zgadza.

Na związek zawodowy z książką zdecydowałam się dokładnie dziesięć lat temu. To wtedy postanowiłam rzucić wszystko i skupić się na literaturze. Najpierw jako tłumaczka, potem debiutująca autorka, wreszcie oficjalnie pisarka. Na początku pogrążona byłam w euforii swojego wyboru, zupełnie zapomniałam o Pitagorasie i unosiłam się nad chodnikami.
Lot był zjawiskowy, z tych wiosennych, rozwoniałych. Spadłam niefortunnie w rynsztok.

Zbierając swoje zbolałe kości wreszcie wspomniałam najważniejszą zasadę świata. i jak manifesto, na środku placu pełnego niezainteresowanych przechodniów zakrzyknęłam:
Wszystko jest liczbą!

Wszystko jest liczbą, a jednak coś mi się tu nie zgadza!

W Polsce żyje plus minus 37 mln obywateli. Z tego znaczna ich część ukończywszy żmudny proces edukacji podstawowej, posiadła tajemną sztukę czytania.

Jak więc to możliwe, że nakłady książek są tak śmiesznie niskie, a ilość sprzedanych egzemplarzy waha się wokół śmiesznych trzech tysięcy – i to już wtedy określana jest mianem „udanej decyzji wydawniczej”. Jak to jest możliwe? Człowiek chciałby zarobić porządnie, za swoją, zdaje się, całkiem uczciwą pracę, a tu nic. Bo przy takich zawrotnych wynikach (a jestem pewna, że tylko nieliczni mogą zaznaczyć „nie dotyczy”), jedynym zarobkiem osoby piszącej jest zaliczka.

Cóż, nie byłoby tak źle, jeśliby dostać sute zaliczki, od czasu do czasu wziąć udział w spotkaniach autorskich, posklejać jakoś tę układankę pieniężną do kupy i mieć na chleb. Można by. Ale coś tu się nie zgadza.

Książek w Polsce wychodzi zastraszająco dużo. Moja koleżanka pisarka świetnie skwitowała polskie strategie wydawnicze stwierdzając, że przypominają rzucanie ciastem o ścianę i czekanie, co się przylepi.

Niemniej, człowiek podnosi się i przystępuje do negocjacji zaliczki, starając się wspomnieć Pitagorasa i sprawnie przeliczać w głowie, ile to znaczy siedem, a ile piętnaście procent od ceny. I kiedy już chce się wynegocjować zabezpieczenie finansowe na przyszły rok pracy, wtedy nagle okazuje się, że niestety inflacja, niestety wojna, niestety ceny papieru idą szaleńczo w górę i niestety, ale stan czytelnictwa w Polsce. W zasadzie, w trakcie negocjacji z wydawcami, w wyniku których z reguły człowiek wyszarpuje zaliczkę w postaci miesięcznego wynagrodzenia przeciętnego uzupełniacza excela w randomowej korporacji na dziesiątym piętrze biurowca (nie twierdzę, że wypełniacze exela są osobami tępymi, wręcz przeciwnie, z reguły to osoby wysoce inteligentne, które we właściwym momencie odwróciły się do Melpomene dupą i zwróciły swe oblicza w stronę Pitagorasa), w trakcie takich właśnie negocjacji, podczas których niektórym udaje się nawet osiągnąć konsensus w postaci zaliczki o wartości dwóch, a nawet trzech wypłat przeciętnego uzupełniacza excela (wypłacanych w dwóch ratach na przestrzeni roku), w trakcie takich negocjacji człowiek może odnieść wrażenie, że posiadanie wydawnictwa w Polsce jest niezwykle nierentowne i robią to tylko ci, którzy wierzą w latanie, a nie w redukcję. Co poniektórzy tak, muszę być uczciwa. Ale w przypadku zdecydowanej jednak większości, równanie to się nie zgadza. Zarówno fantaści (chylę czoła, bo są takie wydawnictwa), jak i niedźwiedzie przebrane w skórę nieopierzonego ptaszka porzuconego przez mamę w rozpadającym się gnieździe na dziesiątym piętrze wieżowca, w którym ktoś wstukuje cyfry w excela (po przeczytaniu tekstu zaleca się weryfikację), jedni i drudzy proponują z reguły te same warunki, tłumacząc się poczuciem misji, inflacją, wojną i czym tam jeszcze. No ale…

No ale coś mi się tu nie zgadza.

Zanim więc kochane osoby piszące, kochane osoby tłumaczące literaturę ze wszystkich pięter wieży Babel, osoby prowadzące redakcję tekstów niechlujnych, pisanych na kolanie, osoby robiące korektę po niedbałych redakcjach, zanim wy wszyscy przystąpicie do negocjacji stawek, i jeszcze wy, kochani dziennikarze i dziennikarki kulturalni – zanim zgodzicie się na prowadzenie spotkania z jedną z najnowszych gwiazd. Zanim to wszystko nastąpi, zanim przystaniecie na proponowane ugody, bo przecież jesteście osobami wrażliwymi, które podjęły kariatyczną rolę wspierania walącej się kultury, kiedy już otrzecie oczy z tynku ograniczającego wasze pole widzenia, przypomnijcie sobie jedną ważną myśl:
I ty możesz zostać Pitagorasem!

To nie żart! Przecież uczono was, wpajano – każdy z nas może wejść do tajemnego labiryntu liczb i wykaraskać się z niego zwycięsko.

A więc – skoro jesteśmy w labiryncie, pora przejść do meritum. Drogie osoby pitagorejskie, wydawnictwa nie są bytami unoszącymi się w przestworzach, z reguły twardo stąpają po ziemi, a każdy ich ślad musi być zarejestrowany na tym łez padole. I cóż podpowiada nam Pitagoras (bracie, bywaj zdrów!) – wszystko jest liczbą. Obrót gospodarczy też. A tak się składa, że w państwie demokratycznym (wciąż) obrót gospodarczy jest jawny. A co podpowiada nam dobry kamrat P? Istnieje taki portal założony przez Fundację Moje Państwo, portal o dźwięcznej nazwie rejestr.io*, który jak pokorny osiołek przeprowadza nas przez dane poszczególnych zagonów wydawniczych. Polecam Wam z całego serca zarejestrowanie się na tym portalu i prześledzenie ulubionych wydawnictw, tych samych, które męczeńsko podejmują decyzje o wysokości zaliczek i kwotach wydawanych na promocję. Gwarantuję niesłychaną zabawę, choć też uprzedzam – mogą wam towarzyszyć palpitacje serca. W niektórych przypadkach przed Wasze oczy wysypią się Miliony Monet! Poleca się!

A tymczasem, skoro wciąż mamy lato, lato, lato czeka, do widzenia Wam, canto cantare!


* tekst nie jest opłaconym partnerstwem